| | |
EUFORIA PODWODNA
Zaczynamy się zanurzać. To, co najbardziej uderza - to nieważkość.
Można zawisać nieruchomo w toni, robić przewrotki - bezkarnie.
Grawitacja jakby nie miała do nas dostępu. Lewituję
Tekst i zdjęcia Marzena Hmielewicz i Marcin Jamkowski
Wszystko okej? - pyta Tico, siedząc na brzegu łódki. Tico jest śniadym, szczupłym trzydziestolatkiem. Już ponad pół życia pracuje pod wodą. - Okej? No to skaczemy!
Przewrotka do tyłu przez burtę. Głośny plusk miesza się z pierwszymi odgłosami bulgoczącego powietrza. Mija kilkanaście sekund i widzimy własne płetwy zawieszone trzydzieści metrów nad dnem morza. Czujemy się trochę jak spadochroniarze. Woda Morza Karaibskiego jest tak przejrzysta, że zdarza się, że nurkowie mają objawy lęku wysokości.
Wyskakujemy z łódki. Jest nas ośmioro. Jeszcze przez chwilę zostajemy na powierzchni i dobieramy się w pary. Nurkowanie w zespołach to jedna z podstawowych reguł bezpieczeństwa. Pod wodą partnerzy muszą przez cały czas obserwować się nawzajem i muszą być gotowi sobie pomóc, na przykład gdyby drugiemu skończyło się powietrze w butli, stracił pod wodą przytomność albo zaplątał się w pozrywane rybackie sieci.
Jesteśmy wciąż jeszcze na powierzchni. Po raz ostatni sprawdzamy sprzęt - i swój, i partnera. Powtarzamy sobie jeszcze w skrócie plan nurkowania i znaki, których będziemy używać do porozumiewania się ze sobą pod wodą.
- Wszystko okej? - pyta na migi, gestem połączonych palców wskazującego i kciuka, nasz przewodnik Tico. - Okej - odpowiadamy. Tico zwraca swój kciuk w dół - schodzimy.
Zerowa grawitacja
Marzena: Wypuszczam powietrze z kamizelki, która utrzymywała mnie na powierzchni wody. Zaczynam się zanurzać. To, co najbardziej uderza - to nieważkość. Można zawisać nieruchomo w toni, robić przewrotki - bezkarnie. Grawitacja jakby nie miała do mnie dostępu. Lewituję.
Marcin: Powolutku opadając w stronę dna, można się poczuć jak kosmonauta. Zwłaszcza że jesteśmy obwieszeni sprzętem, butlami itp. Spoglądam na komputer nurkowy, który mam przypięty do nadgarstka - głębokość powoli rośnie: 7, 10, 15 metrów. Zwiększający się nacisk mas wody czuję przede wszystkim w uszach - ciśnienie pod wodą wzrasta o jedną atmosferę co kolejnych 10 metrów. Żeby nacisk nie doprowadził do przerwania błony bębenkowej, co dwa, trzy metry dwoma palcami łapię się za nos i delikatnie dmucham. Wtedy powietrze przechodzi przez trąbkę Eustachiusza do ucha środkowego i ciśnienie po obu stronach błony bębenkowej się wyrównuje.
Nasz przyjaciel wrak
Wprost pod płetwami widzimy już pordzewiałe cielsko wraku. 15-, może 20-metrowej długości stalowa barka tonąc, wklinowała się między dwie wysokie ściany rafy koralowej. Rafa jest kolorowa - tworzą ją setki koralowców - osiadłych zwierząt żyjących w symbiozie z porastającymi je glonami. Są czerwone, zielone, niektóre opalizują leciutkim fioletowym światłem. Wszystkie są bardzo delikatne, kruche i bardzo wrażliwe na wpływy środowiska naturalnego. Wystarczy, że temperatura wzrośnie o jeden stopień, a rafa umiera. Korale rosną bardzo wolno. Większość gatunków ma przyrosty roczne wielkości kilku centymetrów. A metrowej średnicy korale mózgowe (ich powierzchnia pozwijana jest jak kora mózgowa) zaczęły kiełkować prawdopodobnie jeszcze w XVIII wieku.
Wrak jest bury, pordzewiały. Właściciel przed zatopieniem całkowicie opróżnił go z wszelkiego wyposażenia. Jak się później dowiedzieliśmy, barka została zatopiona specjalnie - jako atrakcja dla nurków. Z czasem „Amigos wreck”, jak go nazywają nurkowie, obrośnie koralowcami i będzie nie do odróżnienia od otaczającej go prawdziwej rafy.
Miękko osiadamy na pokładzie. Komputer na ręku pokazuje głębokość: 23 metrów. Natychmiast podpływają do nas ławice ryb. W parku narodowym Hol Chan, gdzie nurkujemy, ryb są ogromne ilości. Pierwsze przypływają ciekawskie lucjany - ruchliwe, 20-40-centymetrowe ryby ubarwione na żółto-czarno. Bliżej, przy samym pokładzie wraku, w zakamarkach uwijają się dziesiątki mniejszych gatunków. Są żółte, są fioletowe, są niebieskie i czerwone. Natura na rafie nie znała umiaru. Ich kolory widać dobrze jednak tylko przy świetle podwodnej latarki. Woda pochłania bowiem ze światła słonecznego wszystkie ciepłe barwy. Pierwszy znika czerwony, kilka metrów głębiej - żółty. Na głębokość 23 metrów dochodzą tylko kolory niebieski i zielony. Gdy wyłącza się latarkę, te piękne błyszczące ryby są zupełnie nieatrakcyjne.
Na śródokręciu w pokładzie wraku jest duża dziura - to wejście do ładowni statku.
Marcin: Zaciekawiony zaglądam do środka. Wsuwam głowę, pod pokładem jest zupełnie ciemno. Nagle w mroku widzę kontury poruszającego się ogromnego cielska. Czy to jest...? Czy to możliwe? Ten charakterystyczny kształt... O Boże! Cofam się przestraszony, a tuż nad moją głową z głębi statku wypływa wypłoszony dwumetrowy rekin. Chwilę krąży pomiędzy kręcącymi się po pokładzie nurkami i osiada tuż obok Elki. Ta przerażonym wzrokiem patrzy na przemian to na nas, to na wielkiego drapieżnika. Przypomina mi się rada, którą wyczytałem w jednym z podręczników dla nurków - „Kiedy zbliża się do ciebie rekin, połóż się na dnie, ruszaj powoli rękami i nogami i usilnie wmawiaj sobie - jestem żółwiem, jestem żółwiem, jestem... I czekaj, aż odpłynie”.
Marzena: Za chwilę spod pokładu wypływa kolejny rekin. I jeszcze jeden. Krążą wokół nas. Serce bije co najmniej trzy razy za szybko, a oddycham w takim tempie, że jeśli ci ludożercy za chwilę nie odpłyną, to zaraz skończy mi się zapas powietrza w butli.
Sytuację ratuje Tico. Spokojnie podpływa do rekina, który położył się przy nogach Eli i... gołą ręką zaczyna go głaskać po grzbiecie!
Marcin: Zaskoczony jestem tak, że z ust o mało mi nie wypadł automat do oddychania. Tico przywołuje nas ruchem ręki i pokazuje, że nie ma się czym przejmować. Po chwili wsuwa rękę pod spód zwierzęcia („Tam gdzie rekin ma paszczę pełną ostrych jak sztylety zębów” - podsuwa mi wyobraźnia) i zaczyna drapieżnika głaskać po brzuchu. Po chwili kompletnie zdezorientowanego i rozanielonego rekina podnosi z dna i zaczyna do siebie przytulać! Nie wierzę własnym oczom. Przecież pamiętam „Szczęki” - rekiny to najwięksi wrogowie płetwonurka! O co tu chodzi?
„W tej chwili nauka zna około 400 gatunków rekinów. Tylko cztery atakują ludzi. Pływak ma większą szansę być trafionym przez piorun niż zaatakowanym przez rekina. W międzynarodowym rejestrze ataków rekinów, prowadzonym przez Florida Museum of Natural History, odnotowano tylko 74 przypadki ataku tych zwierząt na człowieka w ciągu ostatnich stu lat” - pisze Peter Benchley w „National Geographic” (IV/2000). Benchley zna się na rekinach jak mało kto - to właśnie on napisał scenariusz do słynnego filmu Spielberga „Szczęki”. Teraz, w 25 lat od nakręcenia kinowego hitu, ma na koncie kilkadziesiąt wypraw z naukowcami badającymi te niezwykłe ryby.
Marcin: Podpływam do Tico, który wciąż trzyma półtorametrową sztukę. Wyciągam rękę i zaczynam głaskać drapieżnika. Grzbiet ma szorstki jak papier ścierny. Za to skóra na brzuszku ryby jest miękka, delikatna. Zaglądam mu do paszczy i... przeżywam rozczarowanie. Zamiast rzędów ostrych zębów, w paszczy ma jakieś miniaturowe wyrostki i tarczki kostne do rozdrabniania pokarmu roślinnego.
To nie jest niebezpieczny żarłacz ludojad, który natchnął Benchleya do pisania o monstrach pustoszących plaże, lecz jeden z najłagodniejszych gatunków rekinów - rekin pielęgniarz. Przez tydzień nurkowania u wybrzeży Belize - małego państewka Ameryki Środkowej, które słynie z drugiej pod względem długości (po australijskiej) rafy koralowej na Ziemi - rekiny z tego gatunku spotkamy jeszcze co najmniej dziesięć razy.
Kiedy już przyzwyczaiłem się do obecności rekinów, znów podpływam do wejścia do ładowni. Wsuwam się przez właz i czekam chwilę, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności. Ładownia jest już w większości zasypana piaskiem naniesionym przez prąd morski. Został tylko wąski przesmyk, prowadzący pod samym pokładem w stronę dziobu. Płynę nim kilka metrów i znajduję drugie wyjście spod pokładu - na dziobie.
Krótkowidz zębiasty
Marcin: Wysuwając się przez wyjście, kątem oka zauważam murenę. Murena to ryba przypominająca kształtem węża - jest wąska, dorasta do trzech metrów długości, żyje w szczelinach rafy koralowej lub zakamarkach wraków i żywi się polując z zaskoczenia na mniejsze ryby przepływające w pobliżu kryjówki. W szeroko otwierającej się paszczy ma bardzo ostre zęby skierowane do środka - kiedy schwyci w nie rybę, zdobycz nie ma już żadnych szans. Ku mojemu zaskoczeniu ciekawska murena coraz dalej wysuwa się ze swojego schronienia. Tico, który to zauważył, podpływa do mnie, łapie mnie za rękę i... podsuwa ją murenie! Mimowolnie zaciskam pięść i łapię się na tym, że drugą rękę odruchowo kładę na nożu, który mam przypięty do łydki. Tico trzyma mnie mocno za rękę, jakby chciał mi dać znać, że wszystko będzie dobrze, jeżeli ani trochę nie drgnę. Ufam mu i robię co do joty to, czego oczekuje. Murena ma dość słaby wzrok i nie widzi dokładnie konturów, za to jest bardzo wrażliwa na ruch potencjalnej zdobyczy. Dopóki więc będę trzymał rękę nieruchomo, nie zaatakuje mnie - bo nie będzie mnie widziała.
Stoimy obaj z Tico jak słupy soli. A zielone cielsko mureny powoli, centymetr po centymetrze zbliża się w naszym kierunku. Murena wystaje już grubo ponad półtora metra ze swej kryjówki, gdy jej pysk po raz pierwszy dotyka mojej ręki. Nieufnie, jakby wąchając, zaczyna przesuwać się w górę - w stronę łokcia. Dopiero teraz mogę w pełni docenić cały arsenał ostrych jak igły zębów ukrytych w jej paszczy. Murena wygląda na spokojną, odważam się więc otworzyć nerwowo zaciśniętą pięść i pogłaskać ją po brzuchu. Wyglądająca na oślizgłego gada murena ma ciało mięciutkie i delikatne w dotyku jak jedwab. Nie widać, by mój dotyk jej przeszkadzał. Ale kiedy po kilku głaśnięciach wężowata ryba spogląda mi prosto w oczy, jej wzrok mnie tak mrozi, że ręka sama znów zwija się w pięść. Po chwili murena jakby rozumiejąc, że przy mnie niczego nie upoluje, pomału i spokojnie cofa się do swojej nory.
Punkt wrzenia krwi
Z błogiego zachwytu nad bogactwem ryb, które korzystają ze schronienia na wraku, wyrywa nas piszczenie komputera nurkowego. Zupełnie nie wiem kiedy, upłynęło już prawie pół godziny nurkowania. Urządzenie zasygnalizowało nam, że dłużej nie wolno nam pozostawać na tej głębokości, o ile nie chcemy przeprowadzać tzw. dekompresji.
Kiedy człowiek schodzi pod wodę, w jego krwi i tkankach rozpuszcza się azot z powietrza, którym mamy nabite butle. Podczas wynurzania, a więc gdy ciśnienie otaczającej wody znów spada, azot ten powoli się uwalnia. Im dłużej i głębiej płetwonurek pozostawał pod wodą, tym ma więcej azotu w organizmie. Gdyby z tym rozpuszczonym we krwi gazem wyszedł nagle na powierzchnię wody, azot zacząłby się uwalniać z krwi tak gwałtownie, jak uwalnia się dwutlenek węgla rozpuszczony w wodzie mineralnej po nagłym odkręceniu butelki. Skutki takiego nagłego wynurzenia byłyby dla nurka fatalne - mogłoby na przykład dojść do zatkania naczyń krwionośnych w mózgu przez pęcherzyki gazu i odcięcia go od dostaw życiodajnego tlenu. Śmierć tkanki mózgowej następuje wtedy w ciągu 5-10 minut. Pamiętając o tym wszystkim, rzucamy ostatnie spojrzenie na wrak i odpływamy w stronę płytszej rafy. Jeszcze przez 15 minut będziemy kluczyć wśród coraz płycej rosnących korali, zanim uniesiemy się z dna.
Nasze nurkowanie nie było ani bardzo głębokie, ani bardzo długie - było to typowe zejście turystyczne. Po nurkowaniach głębszych lub dłuższych trzeba robić „prawdziwą” dekompresję. Oznacza to, że przy wynurzaniu trzeba zatrzymywać się kilkakrotnie na tzw. przystankach dekompresyjnych - na kilkanaście minut, a czasami nawet na kilka godzin! Po jednym z najgłębszych dotychczas nurkowań - na głębokość 283 metrów, jakiego dokonał Nuno Gomes w roku 1996 w zatopionej grocie Bushmansgat w RPA - choć nurek na samym dnie był zaledwie minutę, to na przystankach dekompresyjnych podczas wynurzania musiał spędzić niemal 12 godzin. Żeby Gomesowi wystarczyło powietrza na tak długie nurkowanie, pod wodą musiał korzystać aż z 34 butli. Cztery miał ze sobą na plecach, a pozostałych 30 podwiesił na opuszczonej w głąb groty linie.
Wielka Błękitna Dziura
Nazajutrz znów jesteśmy na wodzie. O dwie godziny od brzegu kilkumetrowe fale huśtają naszą łajbą wprost niemiłosiernie. Choroba morska zmogła już płynących z nami dwóch Amerykanów i jednego Francuza. Płyniemy na kolejne nurkowanie na najdalej wysunięty od brzegu atol koralowy należący do Belize - na Lighthouse Reef. Będziemy w miejscu, które jest reklamowane jako najlepszy punkt do nurkowania w całym Belize. Nazywa się Great Blue Hole - czyli Wielka Błękitna Dziura.
Blue Hole to wypełniona wodą idealnie okrągła głęboka studnia leżąca w płytkim morzu. Ma 300 metrów średnicy i 145 m głębokości. Wypełniona ciemnogranatową głęboką wodą, wygląda na tle okalających ją jasnoniebieskich płycizn jak oko wielkiego zwierzęcia. Do początku lat siedemdziesiątych nie było wiadomo, jak ten przedziwny twór geologiczny w ogóle powstał. Za jedną z najbardziej prawdopodobnych uważano hipotezę, że wielka dziura w rafie jest śladem po upadku bliżej niezidentyfikowanego meteorytu. Miejscowi twierdzili, że w głębinach Blue Hole żyją wielkie morskie potwory.
Na początku lat siedemdziesiątych na wodach Morza Karaibskiego pojawił się jeden z najsłynniejszych statków świata - „Calypso”. Ta pływająca baza naukowo-nurkowa dowodzona była przez Jacques’a Yves’a Cousteau. Cousteau był jednym z najbardziej zasłużonych nurków świata. Będąc oficerem marynarki, razem z inżynierem Emilem Gagnianem w roku 1943 we Francji skonstruowali w pełni automatyczny aparat powietrzny - urządzenie, bez którego niemożliwe byłoby dzisiejsze nurkowanie. Większość współczesnego sprzętu nurkowego to zmodyfikowane i ulepszone urządzenia wynalezione przez Cousteau.
Nurkowie z ekipy Cousteau podczas licznych nurkowań w Blue Hole znaleźli dowody świadczące o tym, że w epoce lodowcowej, gdy poziom mórz na Ziemi był o kilkadziesiąt metrów niższy, Blue Hole była wielką jaskinią. (Klimat wtedy znacznie ochłodził się i woda została uwięziona w postaci lodu w gigantycznych czapach wokół biegunów. Czapy z bieguna północnego sięgały aż do terenów dzisiejszej Polski, a pomiędzy Azją i Ameryką Północną - przez dzisiejszą Cieśninę Beringa - można było przejść wtedy suchą stopą). Francuzi znaleźli również dowody świadczące o tym, że masyw skalny, w którym leży Blue Hole, nawiedziło kiedyś solidne trzęsienie ziemi - być może właśnie w wyniku tych wstrząsów zawalił się strop jaskini.
Jacques Cousteau uznał Blue Hole za jedno z dziesięciu najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.
W wapiennym lesie
- To jest głębokie nurkowanie. Proszę wszystkich o zachowanie szczególnej uwagi. Zejdziemy na głębokość 44 metrów i ani o metr głębiej. Proszę uważać - do dna będzie jeszcze sto metrów - mówi Francois, który prowadzi dzisiejsze nurkowanie.
Francois ostrzega nas przed tzw. narkozą azotową. U niektórych nurków jej objawy potrafią pojawić się już na głębokości 25 metrów - zawroty głowy, euforia, zaburzenia świadomości. Ich wystąpienie pod wodą może skończyć się tragedią. Znane są przypadki nurków, którzy w euforii chcieli oddawać ustniki swoich automatów powietrznych przepływającym obok rybom. Dzieje się tak dlatego, że azot pod wodą działa na organizm człowieka jak narkotyk. Poniżej głębokości 30 metrów każde kolejne 10 metrów działa tak, jak kolejna szklaneczka martini. Dlatego podczas głębszych nurkowań do oddychania trzeba używać specjalnych mieszanek, w których część azotu z powietrza jest zastąpiona np. obojętnym helem (tzw. trimiks). Na szczęście większości osób choroba ta (zwana również ekstazą głębin) nie dotyka wcześniej niż na głębokości 60 m.
Nasza łódź zakotwiczyła kilka metrów od krawędzi Blue Hole. Skaczemy z głośnym pluskiem, schodzimy pod wodę, klękamy na piasku i czekamy, aż wszyscy będą gotowi.
- Okej? - upewniamy się gestami.
- Okej!
Marzena: Płyniemy w stronę krawędzi studni. Przepływamy nad nią i pod stopami otwiera się nagle otchłań. Wielki błękit. Nie widać dna, ale wzrok przebija się na kilkadziesiąt metrów w dół. Czuję się trochę tak, jakbym wisiała nad przepaścią. Ostrożnie wypuszczam trochę powietrza z kamizelki, żeby zacząć opadać i po chwili w zwolnionym tempie zsuwam się wzdłuż ścian największej studni na świecie.
Wapienne ściany dawnej groty są prawie gładkie. Gdzieniegdzie zaczepił się na nich pojedynczy koralowiec, rozłożysta gorgonia.
Marcin: Niezauważalnie nabieramy głębokości - nasz komputerek wskazuje już 30 metrów. Wciąż opadamy. Jeszcze kilka metrów i krajobraz zaczyna się zmieniać - na ścianie studni zaczyna się rysować duże wgłębienie - ściana jest jakby podcięta. To działalność morza w czasach, gdy jego poziom był o ponad 40 metrów niższy. Woda spowodowała erozję wapiennej ściany studni tak, że utworzyła się obszerna grota.
Głębokość - 44 metry. Grotę widać już w całej okazałości. Ze stropu zwisają kilkunastometrowej długości przepiękne stalaktyty. To kolejny dowód, że poziom mórz był kiedyś niższy - stalaktyty nigdy nie tworzą się pod wodą, a wyłącznie w powietrzu - musiały wisieć ponad lustrem morza. Kiedy zanurkowali tu pierwszy raz Francuzi z ekipy Cousteau, zauważyli, że niektóre stalaktyty rosną pionowo w dół, a niektóre są odchylone od pionu o 15 stopni. Dlaczego? Przecież nacieki rosną zawsze pionowo. Żeby wyjaśnić tę tajemnicę, płetwonurkowie z „Calypso” wydobyli dwa ważące po 750 kg słupy i przetransportowali - jeden do muzeum Hondurasu Brytyjskiego (tak do uzyskania niepodległości w 1981 r. nazywało się Belize), drugi zaś do laboratorium w Miami. Po analizach okazało się, że rejon nawiedziło trzęsienie ziemi i cała studnia Blue Hole przechyliła się właśnie o 15 stopni.
Marzena: Wpływamy pomiędzy te gigantyczne wapienne słupy. Pływamy w tę i z powrotem po tym gęstym lesie. Większość stalaktytów wisi idealnie pionowo, ale udaje nam się odnaleźć i starszy, odchylony od pionu, który zdaje się przeczyć grawitacji. Na beztroskiej zabawie pomiędzy stalaktytami mijają nam kolejne minuty. Kiedy wypływamy spomiędzy tych podwodnych kolumn, w toni zarysowuje się znajoma sylwetka rekina. Im bliżej jednak drapieżnik podpływa, tym mniej przypomina znane z wcześniejszych nurkowań spokojne i leniwe brązowe rekiny pielęgniarskie. Ten jest większy, nie żeruje przy dnie jak tamte, lecz w toni, ma wyraźnie bardziej muskularne ciało i szybciej się porusza. Jest jaśniejszy od pielęgniarskich i ma czarne końcówki płetw. Nie jest na szczęście jednym z tych czterech gatunków rekinów - żarłaczy, które są szczególnie groźne dla człowieka, ale obecność rekina zawsze wywołuje dreszczyk emocji. Niezainteresowany, szybko odwraca się do nas ogonem i powoli rozpływa się w błękitnej wodzie.
Marcin: Spoglądam na komputer - jesteśmy pod wodą zaledwie 12 minut. Mimo to urządzenie sygnalizuje, że musimy zrobić krótką dekompresję - kilka metrów pod powierzchnią będziemy musieli spędzić cztery minuty, czekając, aż z krwi wysyci nam się część rozpuszczonego gazu.
Na nocleg płyniemy na wysepkę, na której oprócz turystów mieszka tylko latarnik i tysiące ptaków - mew i fregat.
Trititrititi!
Nazajutrz znów jesteśmy pod wodą. Francoise prowadzi nas na głębokości 30 metrów wzdłuż porośniętej koralami ściany. Wszyscy jesteśmy zrelaksowani, wygłupiamy się, stajemy na głowie i robimy sobie zdjęcia.
Nagle słychać dziwny odgłos: „trititrititi! pipipi! titiritiritititi!”.
Marzena: Rozglądam się, odwracam i nagle widzę, że tuż za nami płyną dwa piękne delfiny! Z początku nieufnie, po kilku minutach coraz pewniej podpływają do nas. Cały czas się nawołują przenikliwym „pipitiriti”. Są nami wyraźnie zainteresowane. Co najmniej tak, jak i my nimi. Przyglądają się nam, pływają w kółko dokoła naszej ósemki, zatrzymują się, patrzą. Ale żaden nie pozwala się dotknąć - nim zdąży się wyciągnąć rękę, zwinnie uciekają. Wyglądają na nieco zaskoczone tym, że my nie musimy tak jak one co kilka minut wynurzać się na powierzchnię, by zaczerpnąć łyk powietrza. Powoli, tak, żebyśmy nadążyli, kierują się w stronę płytszej wody. Płyniemy oczywiście za nimi. Znane są przypadki ratowania ludzi przez delfiny. Może i te chciały, żebyśmy byli jak najpłycej - tam gdzie bezpieczniej?
Dwójka spotkanych ssaków to prawdopodobnie samica z wyrośniętym młodym. Tak przynajmniej będzie twierdził potem nasz podwodny przewodnik. Wyraźnie się przed nami popisują - stają stójki a to na pysku, a to na ogonie, kręcą się wokół własnej osi. Jedna ze sztuczek ujmuje mnie szczególnie - delfiny podpływają do dna i stojąc głową w dół, podnoszą wąskim pyszczkiem mały kamyczek. Potem podrzucają go sobie, kładą na policzku i co sił w ogonie płyną w bok tak, żeby kamyk nie spadł. Powtarzają tą sztuczkę po kilka razy.
Spotkania z dziko żyjącymi delfinami nie są częste. Instruktor, u którego byliśmy na ostatnim kursie nurkowania, opowiadał, że kiedy przez rok nurkował w Tajlandii i Indonezji, ani razu nie spotkał delfina pod wodą. W Morzu Czerwonym porobiono specjalne farmy z delfinami, gdzie na wydzielonym siatką akwenie (za specjalną opłatę) można ponurkować w towarzystwie tych morskich ssaków.
Marcin: Po 40 minutach delfiny znudziły się naszym towarzystwem. „Pipiripipi!” zawołały do siebie i powoli odpłynęły w toń. Już prawie znikały, kiedy jeden z nich jeszcze się za nami obejrzał. Może to woda zafalowała, a może rzeczywiście machnął do mnie płetwą?
Podziemny błękit
Minęło kilka dni od spotkania z delfinami. Jesteśmy w Meksyku na półwyspie Jukatan w okolicy miasta Tulum. Idziemy przez selwę - przypominające dżunglę zarośla. Ubrani w skafandry do nurkowania, z butlami ze sprężonym powietrzem na plecach, ołowianym pasem na biodrach i płetwami pod pachą pocimy się jak myszy. Po kilkuset metrach wśród zarośli otwiera się malutka polana. Na jej środku zieje pięciometrowa dziura w ziemi - cenot. Cenot to słowo zaczerpnięte z języka Majów. Oznacza studnię. Trzy metry poniżej skalnej krawędzi, na której stoimy, srebrzy się lustro wody.
250 mln lat temu Jukatan leżał płytko pod powierzchnią oceanu. Kiedy poziom mórz nieco opadł, spod wody wynurzyła się płyta z miękkiego, porowatego wapienia. Ulewne, tropikalne deszcze przez wieki w podatnym na erozję kamieniu wyrzeźbiły labirynt podziemnych strumieni i zalanych wodą jaskiń. Nigdzie indziej na świecie nie ma tak rozległego systemu zalanych wodą skalnych tuneli. Nieco uboższy jest na Florydzie. Jednak to do meksykańskich cenotów ściągają miłośnicy nurkowania jaskiniowego z całego świata.
W niektórych miejscach strop jaskiń się zawalił. Ponieważ na Jukatanie nie ma rzek powierzchniowych, więc właśnie z tych miejsc - cenotów - miejscowi czerpali słodką wodę do picia i to przez te otwory dzisiejsi płetwonurkowie mogą dostać się do zalanego wodą podziemnego świata.
Prawdopodobnie pierwszym nurkiem, który zapuścił się w głębiny podziemnego świata cenotów, był amerykański dyplomata i archeolog amator Edward Thompson. Z kronik konkwistadorów Thompson wiedział, że Majowie składali ofiary bogom żyjącym w cenotach. Do studni wrzucali kosztowności, a w czasach suszy ofiarowywali bogom obwieszone złotem młode dziewczyny. Thompson wybrał na nurkowanie cenot zasilający w wodę jedno z największych sanktuariów Majów - Chichen-Itza. W roku 1904 podczas trwającej wojny domowej dotarł nad jego brzeg z dwoma greckimi poławiaczami gąbek z Wysp Bahama. Zanurzenie się w prymitywnym skafandrze mało doświadczony Thompson przypłacił utratą narządu słuchu. Z cenotu wydobył jednak złote ozdoby, nefrytowe kolie, obsydianowe noże i figurki z jadeitu. „Łupy” wywiózł do muzeum Uniwersytetu Harwarda w USA. W jego misji więcej było jednak grabieży niż prawdziwej archeologii. Pierwsza wyprawa naukowa w głąb tego cenotu podjęta została dopiero w latach sześćdziesiątych.
Korytarze
Naszym przewodnikiem po tym świecie nakrytym wapiennym sufitem będzie Massimo - ciemnowłosy, wysportowany Włoch, który od kilku lat nurkuje w cenotach.
- Od początku lat osiemdziesiątych, kiedy cenoty okazały się być wyśmienitym miejscem do nurkowania, w dżungli na Jukatanie odkryto około setki nowych studni. Płetwonurkowie spenetrowali aż 160 km podwodnych korytarzy. Niektóre korytarze łączą poszczególne cenoty, inne są ślepe. Jest ich jednak taka plątanina, że łatwo można się w nich zgubić - mówi Massimo.
Marzena: Massimo podchodzi do nurkowania w jaskiniach z ogromną odpowiedzialnością. Nurkowanie z nim zaczyna się od półgodzinnego wykładu. Siedząc nad brzegiem cenotu, szkicuje na podręcznej tablicy mapę Calavery.
Calavera po hiszpańsku znaczy czaszka. Nazwa cenotu wzięła się stąd, że gdy się patrzy spod wody w stronę wyjścia, to trzy otwory, przez które wpada światło, układają się w kształt czaszki. - W korytarzach, przez które będziemy płynąć, może być dość wąsko. Musimy płynąć jedno za drugim. Nie machajcie zbyt gwałtownie płetwami, bo kiedy z dna wzbije się pył, ostatni nic nie będzie widział - ostrzega Massimo.
Ustalamy dokładną trasę, którą będziemy się poruszać i najkrótsze drogi ucieczki - którędy w razie kłopotów cały zespół będzie mógł najszybciej bezpiecznie się wycofać na powierzchnię.
Stoimy na krawędzi cenotu i jedno po drugim wskakujemy z całym sprzętem z wysokości kilku metrów do wody. Na powierzchni wody jeszcze raz sprawdzamy, czy wszystko działa jak należy i Massimo pokazuje, że możemy się zanurzać.
Marcin: Nigdy w życiu nie nurkowałem w tak krystalicznej wodzie. Widoczność sięga stu metrów (w jeziorach w Polsce najwyżej ośmiu). Czuję się tak, jakbym lewitował, jakby dokoła mnie nie było w ogóle wody. Jakbym fruwał.
Wpływamy w pierwszy korytarz. Z przodu płynie Massimo, ja zamykam grupę. Na ścianach widać błyski naszych latarek i potężnego halogenu, którym Massimo oświetla drogę. Korytarz robi się coraz węższy.
Marzena: W czasie burzliwych geologicznych dziejów tego rejonu był również taki okres, kiedy wyrzeźbione już przez wodę korytarze wyschły. Wtedy powstała prześliczna szata naciekowa. Z sufitu zwisają stalaktyty, a podłoga pokryta jest wyrastającymi prosto w górę igłami stalagmitów. Tylko dzięki temu, że jaskinie znów zostały zalane, możemy się po nich poruszać, nie niszcząc tych ornamentów.
Wzdłuż korytarza rozciągnięta jest poręczówka - cienka linka służąca do orientacji. Płynąc wzdłuż niej, można nawet po omacku (np. po awarii latarki) znaleźć drogę do wyjścia. Linka ta również wyznacza część jaskini dostępną dla mniej zaawansowanych nurków. Jeszcze przed zanurzeniem umówiliśmy się z Massimo, że będziemy płynąć tak, by nigdy jej nie tracić z oczu.
Podwodna fatamorgana
Od korytarza, którym płyniemy, co chwila w bok odchodzą inne. Niektóre z korytarzy kończą się za chwilę obszerną salą, ale są tu takie, które ciągną się nawet pięć kilometrów. Przy tych najniebezpieczniejszych nurkowie poustawiali tablice - „Jeszcze możesz zapobiec własnej śmierci. Nie płyń dalej, jeśli nie jesteś doświadczonym nurkiem jaskiniowym” - głosi napis po angielsku i hiszpańsku.
Nasz korytarz dochodzi do dużej sali. Massimo pierwszy zaczyna schodzenie na jej dno. Płyniemy za nim, kiedy nagle zaczyna się dziać coś dziwnego.
Marcin: Najpierw cały obraz zaczyna mi drgać przed oczami. Delikatnie wibruje, jak obraz dalekich miast na rozgrzanej słońcem pustyni. Po chwili zjawisko się nasila. Kolorowe plamy świateł latarek biegają dookoła głowy. Płetwy płynącej przede mną Kaśki wyglądają jak jakaś upiorna fatamorgana. Nie wiadomo, gdzie one właściwie są, obraz rozmazuje się, wyostrza, znowu rozmazuje. W uszach czuję, że cały czas się zanurzamy. Schodzimy jeszcze jakieś 20 centymetrów w dół i nagle... jak ręką odjął! Ani śladu wizji. Całe szczęście, że Massimo uprzedził nas jeszcze na brzegu, że spotkamy się z takim zjawiskiem, bo pewnie każdy nurek pomyślałby, że doznał narkozy azotowej albo uszkodzenia błędnika. Tymczasem w jaskini tej występuje tzw. hemoklina. Jest to zjawisko występowania w jednym akwenie dwóch warstw wody o różnym zasoleniu, które z uwagi na różnicę gęstości się nie mieszają. Górna warstwa wody w tym cenocie jest słodka, a poniżej głębokości 12 metrów woda jest słona - dopływa z oddalonego o kilkanaście kilometrów morza (którędy? - korytarza łączącego Calaverę z morzem jeszcze nie znaleziono). Obie warstwy mają inny współczynnik załamania światła. Kiedy więc woda słodka i słona zaczynają się mieszać po przepłynięciu nurka, światło załamuje się w niej na wszystkie możliwe sposoby. Stąd wrażenie fatamorgany.
Podziwiamy wielką salę, do której wpłynęliśmy - w świetle naszych latarek widok jest imponujący. Widać wielki hall, zakończony formacją skalną, która do złudzenia przypomina fronton rzymskiego domostwa. Ściany są gładkie - niestety, słona woda zniszczyła wszystkie stalaktyty. Skały są tu tak porowate, że kiedy przystawi się do nich latarkę, widać jak przez kamień przesącza się światło. Jaskinia jest zupełnie pozbawiona życia. Niektórym nurkom udaje się zobaczyć ślepce jaskiniowe - ryby pozbawione oczu, które żyją tylko w akwenach podziemnych.
Wskazówka manometru pokazuje, że już trzeba rozpocząć powrót. Massimo prowadzi nas na powierzchnię trochę inną drogą niż w tę stronę. Wielokrotnie jeszcze przekraczamy granicę wód słonej i słodkiej. Za każdym razem powtarza się to obłędne zjawisko optyczne. Czasami hemoklina przebiega w połowie korytarza, przez który płyniemy. Jeśli jest wąsko, trzeba płynąć po omacku.
Po 45 minutach od wejścia do tego zalanego podziemnego świata znów pojawiamy się na powierzchni.
- Massimo, jak bardzo jest to niebezpieczne zajęcie? - pyta Marcin.
- Wystarczająco niebezpieczne. Sam wyciągnąłem z tych jaskiń trzech nurków, którzy zgubili drogę i skończyło się im powietrze.
⇒
Pisząc o cenotach korzystaliśmy z książek:
„Najpiękniejsze miejsca do nurkowania na świecie”, Wydawnictwo Twój Styl, Warszawa 1999;
Zdzisław Skrok „Archeologia podwodna”, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1991
Artykuł ukazał się w Magazynie Gazety Wyborczej w 2000 r.
| |
  |