| | |
VAZAHA NA DZIKIEJ ŚCIANIE
Znaleźliśmy się w pierwszej setce wspinaczy, którzy odwiedzili granitowe urwiska Madagaskaru. Nasza wyprawa pokonała tam dwie dziewicze ściany
Tekst Marcin Jamkowski
Miałem się wspinać, a nie siedzieć w obozie. Miałem stanąć na wierzchołku Tsaranoro, a nie pokazywać turystom przez lornetkę, jak na szczycie stają inni. Wyszło inaczej - tydzień przed wyjazdem z Polski złamałem nogę. Tak po prostu, schodząc po schodach. Pojechałem więc o kulach, w wielkich sztywnych butach, których kiedyś używałem do wspinaczki zimą.
Wyprawę na Madagaskar wymyśliliśmy półtora roku temu. Kiedy lecieliśmy na wspinanie do Mali w zachodniej Afryce, ktoś z ekipy kupił na lotnisku francuskie pismo „Vertical”.
- Wystarczył jeden rzut oka na zdjęcia malgaskich ścian i już wiedzieliśmy: następną wyprawę zrobimy właśnie tam - opowiada Tomek Samitowski zwany „Uśmiechem”.
Chcieliśmy zrobić nową drogę na jednej ze ścian najpiękniejszego stojącego tam masywu - Tsaranoro.
Pojechaliśmy w podobnym, sprawdzonym składzie - szefem wyprawy znów został Bogdan Fic, „Uśmiech” zajął się skompletowaniem jedzenia wyprawowego, Krzysiek Zieliński zwany „Gienkiem” zajął się zdobyciem informacji o rejonach wspinaczkowych Madagaskaru, a Waldek Niemiec - biletami lotniczymi. Najtrudniejsze zadanie na swoje barki wziął Michał „Ogór” Zieliński, który szukał finansowego wsparcia dla wyprawy. Po jego ponadrocznych staraniach zdecydowała się nas wesprzeć firma PZU Życie SA. Na mojej głowie była organizacja sprzętu filmowego i materiałów fotograficznych. Rodzynkiem w naszym męskim gronie była Marzena Hmielewicz - wspinacz i fotoreporter „Gazety”, a prywatnie - moja narzeczona. Opiekę roztoczył nad nami Polski Związek Alpinizmu i Kluby Wysokogórskie - krakowski i warszawski. W składzie wyprawy znalazł się jeszcze Igor Niemiec - siedmioletni syn Waldka. Oczywiście nie wspinał się z nami. Na razie.
Ostatnia dzika ściana świata
Do bazy u podnóża ściany Tsaranoro dotarliśmy ze stolicy po dwóch dniach podróży ciężarówką. Od czasu, gdy sześć lat temu dotarli tu pierwsi wspinacze (Niemcy - Kurt Albert i Berndt Arnold), na miejscu, gdzie rozbili swój obóz, powstał malutki kemping dla turystów i wspinaczy. Prowadzi go firma Christiana Delaroche, Francuza, który kilka lat temu przeprowadził się na Madagaskar. Wraz z kumplem Gilles’em Gautierem założył agencję, która pomaga w organizowaniu wypraw paralotniarzom, kajakarzom górskim, speleologom, a ostatnio również alpinistom. Trzy lata temu Christian ożenił się z Malgaszką o imieniu Serafine. Wkrótce razem z Gilles’em i dwójką innych wspólników otworzyli u podnóża Tsaranoro kemping.
- Kiedy w roku 1998 ściany Tsaranoro obejrzał jeden z najaktywniejszych alpinistów świata - Michel Piola - okrzyknął je najbardziej obiecującym rejonem do wspinaczki wielkościanowej XXI wieku - mówi Christian. - Tutejszy granit jest niepowtarzalny. Kiedy podchodzisz pod ścianę, wygląda jak wapień. Duże dziury, krawądki, nawet obłe formacje przypominające stalagmity. A charakterystycznych dla europejskiego czy amerykańskiego granitu rys, pęknięć i szczelin - jak na lekarstwo. Od stóp do szczytu lita ściana. Trudna, ale wyśmienita do wspinania.
Mimo to gościło tu niewielu wspinaczy. Madagaskar leży zbyt daleko od Europy i Ameryki. Przed nami na pewno nie było wspinaczy z Polski. Zdaniem Christiana znaleźliśmy się w pierwszej setce wszystkich wspinających się tam osób.
- To ostatnia tak wielka i wciąż dzika ściana świata - uważa Christian.
Buty kleją się do ściany
Rankiem krótki rekonesans. Bogdan i „Uśmiech” wspinają się na leżącej nad obozem ścianie Lemur Wall, a ja o kulach kuśtykam w okolicy obozu. Z zazdrością patrzę na wspinających się kumpli. Ogromne, 800-metrowe granitowe stożki masywu wyglądają tak, jakby cały czas wysuwały się z wnętrza ziemi przez fantazyjnie wyciętą szczelinę. W promieniach słońca cały czas zmieniają się kolory ścian - są brązowe, rude, szare, a nawet zielone.
- Skała jest po prostu elegancka do wspinania - mówi Bogdan po powrocie. - Bardzo bogato urzeźbiona - dużo krawądek, kolumienek, jakichś wymyć, dziurek. I do tego jeszcze ze ściany wystają wielkie kryształy kwarcu. Buty same się kleją do tego granitu.
Wieczorem wszyscy wspominają czasy, gdy na wspinanie zarabiali pracami wysokościowymi. Dziś eldorado się skończyło. „Wysokościówki” nie są już tak wyśmienicie płatne. Bogdan organizuje więc szkolenia integracyjne dla firm, Michał ma firmę budowlaną, Waldek jest menedżerem w filii zachodniej firmy w Polsce, a Krzysiek pracuje w biurze turystycznym.
Nazajutrz, z samego rana „Uśmiech” i Bogdan idą na ścianę dwukrotnie wyższą niż Lemur Wall - 600-metrową Tsaranoro Kelly. Droga „Out of Africa” na której się wspinają, ma 14 wyciągów (długości liny) i tylko pierwszy z nich można uznać za łatwy. W tym samym czasie Waldek i Krzysiek powtarzają drogę „Ebola” na Lemur Wall.
Wycieczka z wioski
Rankiem zbudziła nas muzyka. Do obozu zbliżała się 30-osobowa grupa dzieci z pobliskiej wioski. Z bębnami, bębenkami, piszczałkami. Przodem szedł nauczyciel. Boso, w jasnym długim płaszczu i zapiętej pod szyję jasnej koszuli. Chciał pokazać swoim podopiecznym, jak wygląda i jak żyje vazaha, czyli biały człowiek, i przy okazji poradzić się Christiana, jak zbudować nową szkołę - dotychczasowa jest za ciasna. Dziewczyny przyszły wystrojone jak prawdziwe damy - w kapeluszach z koronkami wokół ronda, w kolorowych sukienkach, koszulach haftowanych w kwiaty. Chłopcy pozakładali wielobarwne koszule w pastelowych kolorach, starsi powtykali grzebienie we włosy z tyłu głowy - to znak, że już szukają żony. Najmłodsi mieli długie utapirowane grzywki - to ci, którzy czekają na obrzezanie. Madagaskar obfituje w niezrozumiałe dla Europejczyków zwyczaje - tak jest też i z obrzezaniem. W niektórych regionach wyspy obcięty napletek zjadają dziadkowie dziecka. W innych ładuje się go do dubeltówki i strzela nim na wiwat i na szczęście dziecka.
Christian wszystkim nalał po szklaneczce coca-coli. Większość próbowała napoju pierwszy raz w życiu, młodsi się krzywili, kilku bało się i nie spróbowało w ogóle. Starsi sączyli ciemny płyn z nabożną czcią. - Słodkie, dobre - zawyrokował jeden z chłopców.
Tato tato
Z samego rana Michał i Waldek ruszają na 900-metrową ścianę Pic Dondy, wznoszącą się po drugiej stronie doliny. Z pierwszymi promieniami słońca wchodzą w ścianę. Pierwsze wyciągi prowadzą szybko - z daleka wyglądają na łatwe. Wieczorem dochodzą do połowy wysokości ściany. Na dużej skalnej półce zakładają biwak. Noc jest ciepła - około 15oC, ale wyspać im się będzie trudno - żeby było lżej, wzięli ze sobą tylko jeden śpiwór.
Rankiem znów startują w górę. Na szczycie stają kwadrans po 12. Po chwili tracimy ich z oczu. Około 17 zaczynamy się niepokoić. Jeśli nie wrócą do 20, zaczniemy ich szukać.
Około 19 po drugiej stronie doliny zaczynają majaczyć dwa światełka. Przez lornetki widać, że to latarki Michała i Waldka. Odetchnęliśmy.
- Wspin super. Ale zejście przechlapane - relacjonują na gorąco przy piwie. Mówią jeden przez drugiego.
- Pierwszego dnia, jak nam słońce przygrzało, to racjonowaliśmy wodę. Ale drugiego znaleźliśmy w ścianie mnóstwo takich małych oczek wodnych z deszczówką. Pycha.
- A na szczycie zaskoczenie. Wychodzimy, a tam ułożony z kamieni grobowiec. Ciekawe, którędy wchodzili żałobnicy, musieli chyba granią - tam jest w miarę łatwo.
Malgasze często chowają swoich zmarłych w miejscach niezwykłych dla nas, Europejczyków. Czasami budują wystawne grobowce o wiele piękniejsze od swoich chat, czasami chowają zmarłych pod wielkimi głazami, którymi usiana jest nasza dolina, a czasami właśnie na szczytach gór. Niektóre plemiona swoich zmarłych ekshumują co 10 lat i przed powtórnym pochówkiem opowiadają im o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatniej dekady.
- Jak nazwaliście drogę?
- A co ostatnio najczęściej było słychać w obozie?
- Okrzyki „tato, tato!” Igora.
- Więc tak się będzie nazywać: „Tato tato”. Wycena 6a. 1150 metrów długości, 23 wyciągi.
W pionie łatwiej
Nazajutrz od rana wre praca przy głównym celu wyprawy - nowej drodze na Tsaranoro. Pierwsi wychodzą „Uśmiech” i Bogdan, a zaraz za nimi Marzena i ja. Dla mnie to pierwsza dłuższa wycieczka. Muszę uważać - od złamania minęło dopiero niewiele ponad dwa tygodnie („Po tym czasie kość lekko już się sklei” - instruował mnie lekarz w Warszawie).
Po drodze, przechodząc przez dżunglę dzielącą obóz od ściany, natknęliśmy się na stado lemurów. Te niewielkie małpiatki żyją wyłącznie na Madagaskarze. Do dzisiaj znanych jest ich około 30 gatunków - od kilkudziesięciocentymetrowych do tak małych, że mieszczą się w dłoni. „Nasze” należą do gatunku Lemur catta. Miejscowi nazywają je maki. Wyglądają jak skrzyżowanie malutkiego niedźwiadka z wypasionym kotem obdarzonym metrowym prążkowanym ogonem pożyczonym od szopa pracza. Z małpią zręcznością skaczą z drzewa na drzewo i wydają z siebie głośne mruknięcia. Jeden siada na gałęzi zaledwie kilka metrów od nas i przygląda się nam wielkimi piwnopomarańczowymi oczami. Przeciera oczy łapką i zupełnie się nas nie bojąc, czeka, co zrobimy. Gdy sięgamy po aparat i kamerę, wydaje z siebie ostrzegawczy okrzyk i bezszelestnie znika wśród liści.
Pierwsza dwójka doszła pod ścianę po 40 minutach. My - przez moje złamanie - po czterech godzinach.
Początkowy wyciąg prowadzi Bogdan. Ściana w dolnej części nie jest pionowa, lecz trochę położona, prowadzący więc szybko przesuwa się do góry, co 5-7 metrów wiercąc otwór pod spita. Spity służą do asekuracji. W otworze umieszcza się rodzaj metalowego kołka rozporowego. Do plakietki umieszczonej na końcu kołka wpina się karabinek, a przez niego przepina linę, którą są związani wspinacze. W razie odpadnięcia od ściany ta konstrukcja wytrzyma szarpnięcie lecącego człowieka.
Sznuruję buty mocno, by trzymały stopę niczym gips, i wchodzę za nimi na ścianę. Przez jedno ramię przewiesiłem aparat, przez drugie - kamerę cyfrową. Skoro nie mogę się wspinać, to przynajmniej porządnie obfotografuje wspinaczkę.
Podchodzę po zostawionej przez Bogdana linie poręczowej na tzw. małpach - przyrządach samozaciskowych. Jeden mam zamocowany w pasie do uprzęży, drugi trzymam w ręku. Oba przesuwają się wyłącznie do góry. Z każdym krokiem przesuwam się więc coraz wyżej i nie muszę się martwić, że spadnę. Pierwsze kroki na ścianie stawiam bardzo ostrożnie - badam, jak bardzo mogę obciążyć nogę. Ale po chwili miła niespodzianka - o wiele łatwiej mi się chodzi w pionie niż w poziomie! Żebym tak jeszcze mógł zmienić te ciężkie i nieporęczne buty zimowe na miękkie, oblane przyczepną gumą buciki do wspinaczki skalnej...
W dolinie lunęło jak z cebra. Byle do nas ten deszcz nie doszedł - martwimy się. Nie zdążyliśmy się nawet poprzesuwać na stanowisku, a tu jak nie sypnie gradem! Grudy lodu miały taką siłę uderzenia, że miałem na rękach siniaki. Po mniej więcej kwadransie grad zamienił się w deszcz, a ścianą zaczęły płynąć potoki wody. Pierwszy wysiadł aparat fotograficzny. Jeszcze przez kilka minut działała kamera, lecz po chwili i ona odmówiła współpracy. Dygocząc z zimna, zjechaliśmy na ziemię.
Kolejny dzień. Prace nad ubezpieczaniem drogi - a więc wyznaczaniem jej przebiegu i wierceniem otworów pod spity - trwają już tak wysoko, że lada chwila nie będzie się opłacało zjeżdżać na ziemię, tylko spać na ścianie. Dlatego do małpowania podwieszam sobie worek transportowy z tzw. portaledge. To takie skrzyżowanie hamaka z lekką platformą. Służy do spania na ścianie, gdzie nie ma żadnych półek. Mieszczą się na nim dwie osoby.
„Uśmiech” cały czas wspina się z wiertarką przy pasie. Co kilka metrów zatrzymuje się, zawisa na jednej ręce, a drugą wierci otwór. Po 55 metrach zakłada górne stanowisko. Aż tu nagle: kap, kap, kap! - na kamerze znów widzę pierwsze krople deszczu. Tym razem jesteśmy już lepiej przygotowani. Kamera i aparat lądują w wodoodpornych workach, a my zakładamy kurtki z nieprzemakalnego goreteksu, jednak mokra skała nie daje szans na dalsze wspinanie. Zjeżdżamy.
Wypadki latają po ludziach
Przez kolejne dwa dni Bogdan walczy z następnym - siódmym wyciągiem. Potem okaże się on najtrudniejszym na całej drodze. Waldek asekuruje Bogdana, a ja na małpach filmuję. Ciągle lepiej mi się chodzi w pionie niż w poziomie. Za każdym razem zabieramy też ze sobą na górę część sprzętu - a to dodatkowy zwój liny, a to nowe wiertła i zapas spitów, a to baniak z wodą - przyda się „Uśmiechowi” i Krzyśkowi, gdy będą nocować na portaledge.
Do obozu dociera wreszcie element ekwipunku zagubiony na trasie z Paryża. To osłona do silnika paralotni Michała - „Ogóra”. Plan był bowiem taki: czworo, pięcioro z nas wspina się, a „Ogór” lata przy samej ścianie na paralotni i filmuje wspinaczkę z powietrza. Takich ujęć w polskiej wspinaczce jeszcze nie było! Do tego jednak potrzebny był napęd do paralotni, czyli silnik od kosiarki spalinowej zaopatrzony w wielkie śmigło z włókien węglowych. Całość zakłada się przed startem na plecy. „Ogór” prawie od roku trenuje latanie na tym sprzęcie, a na zwyczajnych paralotniach - bez napędu - od lat ośmiu. Jest więc doświadczonym pilotem. Nigdy nie miał poważniejszego wypadku.
Zakłada na siebie ten cały sprzęt i uzgadniamy tak: robi rundkę honorową nad obozem, ja go filmuje z ziemi, a potem zmienia kask na taki, do którego można przymocować kamerę i leci filmować „Uśmiecha” i Krzyśka, którzy na portaledgu pewnie jedzą teraz śniadanie.
Ustawiam się z kamerą, a „Ogór” włącza silnik i zaczyna biec. Biało-niebieska paralotnia elegancko rozkłada mu się nad głową. Jeszcze dwa, trzy kroki, gaz do dechy i odrywa się od ziemi. Nie mija sekunda lotu, gdy z góry przychodzi nagły podmuch, który wciska „Ogóra” w ziemię. Koziołkuje po kamieniach. Słychać zgrzyt metalu o granit. Ze śmigła został smętny wiór.
Patrzymy ze zgrozą na prawą dłoń „Ogóra” - przecięte na pół śródręcze obficie krwawi. Na filmie zauważymy potem, że kiedy koziołkował, ręka wpadła mu prosto w pędzące śmigło.
Bogdan opatruje ranę i podaje „Ogórowi” środki przeciwbólowe, a potem Christian i Waldek odwożą go do szpitala w oddalonej o pół dnia drogi miejscowości Fianarantsoa. Po obejrzeniu prześwietlenia lekarz nie podjął się operacji. Potrzaskane kości i stawy, pocięte ścięgna, mięśnie i nerwy wymagały wiedzy i sprzętu, jakimi nie dysponował nikt na Madagaskarze. Lekarz zamknął mu tylko ranę. Bez znieczulenia - bo nie miał. Po dwóch dniach „Ogór” trafił na Reunion - francuską wyspę na Oceanie Indyjskim, gdzie lekarz - Francuz - jako tako go poskładał. W Polsce czekają „Ogóra” jeszcze kolejne cztery operacje. Jednym palcem nie będzie ruszał, drugim - tylko trochę. Wrócił do nas z Reunionu po dwóch tygodniach na ostatnich kilka dni wyprawy, kiedy już opuściliśmy dolinę Tsaranoro.
Gimnastyka na wysokościach
Wyjazd „Ogóra” do szpitala popsuł wszystkim nastrój, ale wyprawa trwa. Po kolejnych kilku dniach, wysiłkiem głównie Bogdana i „Uśmiecha”, droga została całkowicie ubezpieczona, a oni sami po raz pierwszy stanęli na wierzchołku Tsaranoro Kelly.
Dwa dni przerwy i przychodzi najważniejsza chwila tej wyprawy - przejście klasyczne, w czasie którego wolno się łapać tylko naturalnych występów skały. Haki mają służyć tylko do asekuracji. Ten sposób wspinania (tzw. styl klasyczny) jest oczywiście znacznie trudniejszy. Wspinacze uważają klasyczne przejście ściany za wartościowsze.
Punkt szósta zrywamy się, szybkie śniadanko. Na szczęście z nogą jest już lepiej. Małpowanie idzie mi coraz sprawniej, ale i po płaskim chodzi mi się też już całkiem dobrze - po raz pierwszy pod ścianę podszedłem bez kul. Po przemałpowaniu każdego wyciągu - około 50-60 metrów, zwijam linę, po której podchodziłem. Nie chcę, by mi wchodziła w kadr przy robieniu zdjęć.
Kiedy jestem już jakieś 200 metrów nad ziemią, z dołu startują dwie dwójki wspinaczy. W pierwszej idą „Uśmiech” i Krzysiek. W drugiej - Bogdan i Waldek. Czekam na nich. Kiedy dochodzi do mnie „Uśmiech”, na przemian robię mu zdjęcia, filmuję go i małpuję w górę.
„Uśmiech” po prostu płynie. Wydaje mi się, że kilkudziesięciometrowy odcinek pionowego granitu przeszedł w kilka minut. Krzyśkowi jest ciężej - niesie plecak z kurtkami, prowiantem i wodą dla ich zespołu. Po chwili stoi koło nas.
Skała nad nami jest przewieszona - odchyla się do tyłu. Prowadzi znowu „Uśmiech”. Do góry pnie się długimi, pewnymi ruchami. Zwykli śmiertelnicy pewnie nawet nie podejrzewają, że takich rzeczy można dokonywać ze swoim ciałem. Czasami trzeba złapać się dwucentymetrowego chwytu, wejść nogami na stopień prawie na wysokość twarzy i „strzelić” - czyli rzucić się do następnego chwytu! I to jakieś 250 metrów nad ziemią!
To jeden z najpiękniejszych wyciągów, jakie w życiu widziałem. Ostatnie dwie wpinki do spitów i stajemy obaj na portaledge. Chłopaki specjalnie go tu zostawili, żeby było gdzie odpocząć. Zjadamy trochę suszonych moreli, zagryzamy batonem i popijamy izostarem.
Uważaj! Lecę!
Ruszamy w górę, ja na małpach po linie poręczowej, a pozostali normalnie - po ścianie. To najtrudniejszy odcinek na całej drodze (w skali wspinaczkowej zyskał wycenę 7b+). Bogdan co chwila musi „przymagnezjować” - sięgnąć do woreczka z magnezją, by osuszyć z potu palce. Z góry słyszę krzyczącego „Uśmiecha”: „Wyciąg piękny, ale cholernie trudny! Chwyty są tak małe i ostre, że mam dziury na opuszkach”.
Trzeba stawiać nogę na pionowej skale i liczyć, że utrzyma się dzięki tarciu butów o granit. Na całym pasażu nie ma ani jednego miejsca, gdzie można by wytchnąć. Żadnej skalnej półeczki do stanięcia, ani nawet żadnej klamy - dużego wygodnego chwytu, na którym można chwilę powisieć i odpocząć. Bogdan krzyczy do asekurującego: - Pomyliłem chwyty. Uważaj, mogę walnąć! Nie śpij, Waldi.
Bogdan próbuje jeszcze jakoś wybrnąć z pomyłki, ale nie ma już szans, żeby się cofnąć - idzie w górę kolejnych kilka metrów. Ale tam chwyty zanikają.
- Waldi! Lecę! - wrzeszczy i zaczyna spadać.
Po kilku metrach lotu Waldek bez trudu wyłapuje jego odpadnięcie i Bogdan zawisa na linie, a po chwili znowu przykleja się do ściany. Za drugim razem bezbłędnie mija trudne miejsce i dochodzi do znajdującego się kilkadziesiąt metrów wyżej górnego stanowiska. Po chwili razem z Waldkiem ruszają dalej - już beze mnie. Tam już nie ma poręczówek, a wspinanie się z moją nadłamaną nogą jest niewykonalne. Zaczynam zjeżdżać.
„Latający Cyrk Ogóra”
Cała czwórka stanęła na wierzchołku o zachodzie słońca. Nikt przed nimi nie dotknął skały w tej części ściany - wspinacze posuwali się zupełnie dziewiczym fragmentem.
Na cześć Michała, zwanego „Ogórem”, ta droga będzie odtąd nosić nazwę „Cucumber’s Flying Circus”, czyli „Latający cyrk Ogóra”.
W dolinie zostaliśmy jeszcze trzy dni. Ostatniego dnia i ja się wreszcie powspinałem. Kiedy spuchnięta noga zaczęła mi się mieścić w bucie, poszliśmy z Marzeną na 300-metrową drogę „Alien I”. Jest dość łatwa, ale sprawiła nam dużo satysfakcji - w końcu jak by to wyglądało: być na wyprawie wspinaczkowej na Madagaskarze i nie wspinać się?
Po powrocie do Polski postanowiłem pokazać się znajomemu lekarzowi.
- Kość zrosła się wyśmienicie, prawie nie widać śladów złamania - powiedział.
- No to teraz już moge się przyznać, co ja z tą nogą wyprawiałem...
⇒
Nie dalibyśmy rady zorganizować ekspedycji na Madagaskar bez pomocy finansowej, jaką otrzymaliśmy od PZU Życie SA oraz Polskiego Związku Alpinizmu.
Wielkiego wsparcia udzieliło nam również wielu wspaniałych ludzi z firm: AMC, Bachleda Sport, Canon, Fixe, Hilti, „Gazeta Wyborcza”, Kodak Polska, Laboratorium Kodak Express Empik przy ul. Grójeckiej 82 w Warszawie, Natalex, Sklep Górski „Wierchy” w Krakowie i Sklepy na Mariensztacie w Warszawie. Dziękujemy
Artykuł powyższy ukazał się w Magazynie Gazety Wyborczej w 2000 r.
| |
  |