www.adventurepictures.eu
author: Marcin Jamkowski

Star City 

 

 

 

 


Gwiezdne Miasteczko zarabia


To tutaj powstawały najtajniejsze plany podboju kosmosu przez radzieckiego człowieka. To tu, poczynając od Gagarina, trenowali przed lotem w kosmos wszyscy radzieccy kosmonauci. Teraz trening kosmonauty przejść może każdy, kto jest dostatecznie bogaty. Bardzo bogaty.
Tekst i zdjęcia Marcin Jamkowski


50 kilometrów na północ od Moskwy. Pośrodku gęstego sosnowego lasu stoi osiedle bloków mieszkalnych. Dostępu do wieżowców z wielkiej płyty broni betonowy mur. Podjeżdżamy do zardzewiałej bramy.
- Czewo? - pyta stojący na warcie żołnierz. Ma czapkę i kurtkę od dwóch różnych mundurów, dresowe spodnie z białymi lampasami, a na nogach cywilne buty.
- Czekają na nas w centrum - mówi kierowca. Żołnierz przepuszcza nas bez sprawdzania.
- Kiedyś dostać się do Gwiezdnego Miasteczka to była prawdziwa sztuka - mówi Iwan Siwak. Pracuje tu od dwudziestu z górą lat. Dzisiaj jest przewodnikiem.
Kiedy zaczynał pracę, Gwiezdne Miasteczko było jednym z tajnych, superstrzeżonych obiektów. „Gwiezdne Miasteczko powołane zostało do życia specjalną uchwałą przyjętą przez KC KPZR na początku 1960 roku” - czytam w książce „Kosmonawtika Sowieckowo Sojuza”. O badaniach naukowych, które tam prowadzono, o życiu Gwiezdnego Miasteczka niewiele się jednak mogę z niej dowiedzieć. Zamiast konkretów, stek propagandowych bzdur.
Co wiadomo na pewno - to, że do pracy przy budowie ośrodka skierowano żołnierzy z sił bezpieczeństwa. Kosmonautów poszukiwano wśród najzdolniejszych pilotów myśliwców. Z dwustu wybrano dwudziestu. Razem z rodzinami przyszli zdobywcy kosmosu przeprowadzili się do miejscowości Czkałowskaja, niedaleko Gwiezdnego. Dziś jest tam wojskowe lotnisko.
Oficjalne otwarcie nastąpiło 12 kwietnia 1960 roku. Nie minął rok i na pierwszym z symulatorów lotu odbył się egzamin. 18 stycznia wieczorem, drugiego dnia morderczych testów, ogłoszono wyniki. Wygrali Herman Titow i Jurij Gagarin.
W pierwszym radzieckim satelicie było miejsce tylko dla jednej osoby. Wybór pozostawiono specjalnej komisji kosmodromu. „W kosmos poleci Gagarin” - po trzymiesięcznym namyśle, 8 kwietnia 1961 roku, ogłosiła swoją decyzję.
Gagarin wystartował rankiem cztery dni później. Po 108 minutach był z powrotem na Ziemi.
- Gwiezdne miało żyć jak normalne miasto. Wkrótce otwarto tu szkoły, nawet muzyczną i baletową, oraz 14 sklepów - mówi Siwak. Pieniędzy na inwestycje zabrakło w połowie lat 80. Wtedy to powstało ostatnie laboratorium. - To prawda, że od tego czasu nic już nie budowaliśmy. Ale tylko dlatego, że już nic więcej nie było potrzebne - twierdzi Siwak.

Chińczycy w kosmos nie latają

Gwiezdne Miasteczko to tylko maleńka część poradzieckiego kompleksu kosmicznego. Tu mieści się centrum naukowe i treningowe. W tej chwili trenuje w nim szesnastu Rosjan, czternastu Amerykanów, dwóch Francuzów i dwóch Słowaków.
- Czasami bywają też i Chińczycy, ale oni w kosmos nie latają. Przechodzą przeszkolenie naziemne i bacznie wszystko obserwują. A potem widzimy, że nasze rozwiązania stosują w swoich systemach kosmicznych - twierdzi Iwan Siwak.
Rakiety startują w kosmos z Bajkonuru - kosmodromu na wybrzeżu jeziora Bajkał (dzisiejszy Kazachstan).
- Ale to Gwiezdne Miasteczko zawsze było oczkiem w głowie władców Kremla - mówi Siwak.
Na ulicach jest czysto, od rana dokładnie pozamiatane. Trawniki nienagannie przystrzyżone i podlane. Tyle że pusto. Miasto wygląda jak wymarłe. Na ścianach budynków wiszą wypłowiałe zdjęcia kosmonautów. Na jednym z pierwszych Mirosław Hermaszewski w sepii przyjmuje z Klimukiem kwiaty po wylądowaniu.
- Dlaczego tak rzadko latacie teraz w kosmos? - pytam.
- Bo, wiecie, jedyny kłopot, jaki mamy w przemyśle kosmicznym, to brak pieniędzy - odpowiada Siwak.
Jeden lot w kosmos kosztuje 20- 50 mln dolarów.
Bezrobotni fachowcy od rakiet - to była dla Zachodu wizja tak straszna, że politycy Unii Europejskiej i USA woleli sami znaleźć im pracę niż czekać, aż postradzieckich speców od kosmosu podkupią Korea Północna, Libia lub Irak. Co prawda ludziom, którzy pracują w Gwiezdnym Miasteczku, nie wolno wyjeżdżać z Rosji, jednak jak wynika z raportu cytowanego przez brytyjskie pismo naukowe „New Scientist” (nr 2154), istnieją obawy, że niektórzy spece „wyciekli” do krajów uznawanych za terrorystyczne.
Jednym z najważniejszych kanałów, jakim pompowane są teraz pieniądze z Zachodu do przemysłu kosmicznego dawnego ZSRR, stał się projekt budowy nowej stacji orbitalnej. Stacja ma roboczą nazwę Alfa - jak pierwsza litera greckiego alfabetu. Ale dla Rosjan to jest nie do przyjęcia, podobnie jak wszelkie nazwy sugerujące, że byłaby to pierwsza stacja orbitalna. - Rosjanie twierdzą, że ich stacje latały na orbicie już od roku 1971 (Salut 1) - mówi Bill Bates z NASA.
Pierwszy moduł nowej stacji (o nazwie Zaria - Zorza) wystartował w kosmos rankiem 20 listopada. Rakieta Proton wyniosła go 160 km nad Ziemię. Stamtąd na swoją stałą orbitę - 500 km - Zorza wzniosła się korzystając z własnych silników. Pierwsi kosmonauci mają zamieszkać na stacji w styczniu 2000 roku. Mniej więcej w tym czasie w swoją ostatnią podróż w stronę Ziemi powinien też udać się wiecznie psujący się staruszek Mir.
Czy jednak termin ostatecznego wykończenia stacji - 2004 rok- zostanie dotrzymany?
Alfę buduje trzynaście państw: USA, Kanada, Japonia i dziesięć zrzeszonych w Europejskiej Agencji Kosmicznej. Ok. 30 proc. pomieszczeń nowej stacji ma przygotować rosyjska firma RKR Energia produkująca rakiety. Jak zgodnie podają agencje informacyjne Reuters i AP, to właśnie opóźnienia w budowie rosyjskich elementów zaważą na opóźnieniu wysłania w kosmos całej stacji. Mimo to amerykańska agencja kosmiczna NASA zwróciła się z prośbą do Kongresu i Białego Domu o zezwolenie na kupno dodatkowych towarów i usług od Rosyjskiej Agencji Kosmicznej za 660 mln dolarów. Zdaniem Amerykanów taka suma jest niezbędna, by Rosjanie mogli załatać dziury w budżecie przemysłu kosmicznego i zapłacić zaległe wynagrodzenia.

Zabawa dla biznesmenów

Rosjanie znaleźli też drugie źródło dochodów. - Od rozpadu ZSRR po cichutku otwieraliśmy Gwiezdne Miasteczko na świat - opowiada Siwak.
Krok po kroku i doszło do tego, że dziś każdy, kto tylko zapłaci dostatecznie dużo, może wziąć udział w kosmicznym szkoleniu. W zależności od zasobności kieszeni można zafundować sobie w Gwiezdnym Miasteczku część lub nawet cały cykl szkolenia - taki sam, jaki przechodzą kosmonauci przygotowujący się do lotu. Zabawa jest popularna wśród ekscentrycznych zachodnich (a coraz częściej i rosyjskich) biznesmenów, dziennikarzy, obieżyświatów i sportowców (m.in. słynny kierowca rajdowy Mika Hakkinen).
Impreza jest jednak bardzo kosztowna. Za użycie wirówki, gdzie symuluje się wzrost grawitacji, jaki ma miejsce przy starcie i lądowaniu rakiety, Rosjanie liczą sobie 1200 dolarów za minutę. A trzeba by się pokręcić z kwadrans. Za lot nurkujący specjalnie przerobionym samolotem Ił-72 MDK, podczas którego wywołuje się złudzenie nieważkości, cena wynosi 16,5 tys. dolarów. - Mimo drożyzny na takie szkolenie zdecydowało się już ok. 150-200 osób - twierdzi Siwak.
Mało tego, kilka osób wydało nawet po kilkanaście milionów dolarów (m.in. Angielka Helen Sharman i japoński dziennikarz Toyohito Akiyama) i, jak twierdzi Pałkiewicz w swej książce „No limits”, z prawdziwą ekipą kosmonautów poleciało na orbitę.
- Tym turystom nie pokazujemy jednak wszystkiego, co mamy w Gwiezdnym. Postępujemy jak kobieta odsłaniająca dekolt. Chcemy zwabić bogatych i żądnych kosmicznych przygód, ale nie zdradzić im cennych tajemnic - żartuje Siwak.
W tym miejscu winny jestem państwu wyjaśnienie - ja także dostałem się do Gwiezdnego Miasteczka z grupą komercyjną. Dołączyłem do finalistów West in Space - imprezy promującej markę papierosów.

Stłuczka flagowego okrętu

Do sali, w której stoi makieta stacji orbitalnej Mir, prowadzą drzwi z burej dykty. Zamiast klucza dostępu do sali broni zamek kodowy. Na dykcie nalepiona jest wyblakła kartka z napisem „Zakaz fotografowania”.
- No niczewo, niczewo. Jesteście z grupy komercyjnej. Fotografujcie, co chcecie - mówi strażnik.
Na środku wielkiej sali leży dziewięć długich metalowych walców. Są trochę wyższe od dorosłego człowieka. Wszystkie pomalowane na biało, z każdego wystają jakieś anteny, ogniwa słoneczne, klapy, silniki. To jedna z dwóch stacji orbitalnych Mir. Druga od 1986 roku znajduje się na orbicie okołoziemskiej. Jeżeli na krążącej 400 km nad nami stacji wystąpią jakieś problemy, symuluje się je na ziemskiej kopii. Tu szuka się najprostszych sposobów naprawy i gotową receptę uzyskaną na symulatorze przesyła kosmonautom na orbitę.
Funkcjonowanie Mira planowano tylko na pięć lat. Jednak od tego czasu decyzje o jego uśmierceniu odkładano kilkakrotnie. Niewiele brakowało i stacja pogrzebałaby już samą siebie. Wśród licznych awarii i wypadków do najpoważniejszych należą pożar, utrata stateczności, a przede wszystkim zderzenie modułu Mira Spektr z cumującą cieżarówką-statkiem towarowym Progress przywożącym z Ziemi zaopatrzenie.
- Cumowanie to bardzo trudna operacja. Kiedy np. do Mira przybija statek Sojuz z nową załogą, muszą się połączyć ze sobą 462 elementy statku macierzystego i gościa - powiedział mi Giennadij Manakow, kosmonauta, który na Mirze był dwa razy. W sumie spędził na stacji 309 dni.
- Jednak przyczyną zderzenia nie był wadliwy sprzęt ani podeszły wiek stacji, ale błąd kogoś z obsługi naziemnej - wytłumaczył mi Manakow. Według niego do Progressa załadowano zbyt dużo na Ziemi. Ale to, że był przeciążony, to jeszcze pół biedy. Najgorzej, że nie dowiedział się o tym dowódca Mira. Skoro ciężarówka była za ciężka, łatwo wymknęła się spod kontroli i bezładnie uderzyła w statek, rozrywając kawał poszycia. - To cud, że nic się nikomu nie stało - kwituje Manakow.
Zgodnie z planami Rosjan, ostatnia załoga ma opuścić Mira w czerwcu przyszłego roku. Pustej stacji nie opłaca się ściągać na Ziemię, a na orbicie byłaby tylko zawalidrogą - zostanie więc zatopiona gdzieś w wodach Pacyfiku. Decyzja nie jest jeszcze ostateczna, ponieważ Jurij Baturin, były doradca prezydenta Borysa Jelcyna, który został kosmonautą i spędził dwa tygodnie na stacji orbitalnej Mir, zaapelował niedawno o przedłużenie jej pracy na dalsze dwa lata.
Wąsko, ciasno, lecz solidnie
Sama stacja robi wrażenie solidnej. Długie, szare korytarze oświetlone jarzeniówkami. Ściany pokryte tajemniczymi przełącznikami. Na stacji nic nie może się zmarnować. Np. wodę odzyskuje się nawet z odchodów.
- Gdyby chcieć lecieć na Marsa, trzeba mieć taką technikę opanowaną. Na tysiąc dób (podróż trwałaby ok. trzech lat) samej wody potrzeba 50 ton na osobę. To dlatego Amerykanie nie latają w kosmos na dłużej niż 14 dni - mówi Siwak. - Nie nauczyli się jeszcze, jak oszczędzać wodę.
Kiedy po zdjęciu butów przechadzałem się po kolejnych modułach Mira, myślałem tylko o jednym: jak tam jest mało miejsca. Swobodnie wyprostować się mogłem (a mam 1,88 m wzrostu) tylko w części, gdzie kosmonauci jedzą posiłki.
- Jak się żyje na takiej małej po- wierzchni? - pytam Manakowa.
- Prawie cały dzień jest wypełniony pracą, nie myśli się nawet o tym, że ciasno. Najpierw eksperymenty naukowe, potem ćwiczenia fizyczne - bardzo ważne, bo w nieważkości wiotczeją mięśnie i maleje gęstość kości, a wieczorem (pory dnia są pojęciem bardzo umownym - Mir krąży wokół Ziemi tak szybko, że wschód Słońca obserwuje się na jego pokładzie co 45 minut) jest czas na czytanie książek - mówi Manakow.
- A biblioteka na Mirze jest zasobna?
- Niestety. Kilka dobrych pozycji jednak znalazłem. W drugim podejściu udało mi się przeczytać Biblię, sięgnąłem po prace Ciołkowskiego. Ale najlepiej w kosmosie czytało mi się fantastykę - mówi Manakow.
- Uwierzył pan w UFO?
- Nie spotkałem, to i nie uwierzyłem.
Manakow jest jedyną osobą, z jaką rozmawiałem w Gwiezdnym Miasteczku, która nie martwi się o przyszłość rosyjskiej kosmonautyki. - Rosja przetrwała już i gorsze chwile - kwituje.

Muzeum najnowocześniejszych technologii

Nad stołem w pomieszczeniu jadalnym stacji Mir wisi dziwna skrzynka. To wytwornica tlenu. Na orbitę nie opłaca się zabierać tlenu w butlach - są za ciężkie, a transport sprężonego gazu byłby niebezpieczny. Dlatego kiedy w powietrzu, którym oddychają kosmonauci, jest za mało tlenu, ów tajemniczy walec zaczyna się podgrzewać. W środku metalowego naczynia jest mieszanina substancji bogatych w atomy tlenu i siedmiu rzadkich metali, które przyspieszają przebieg reakcji powstawania życiodajnego pierwiastka. Jakich? Tego nikt mi zdradzić nie chce.
- Pod koniec lutego ubiegłego roku jeden z kosmonautów zagapił się i taki tlenowy kanister zaczął się palić. Już po chwili na Mirze wybuchł pożar - mówi Siwak. - Wnętrze wypełniło się gryzącym dymem, a kosmonauci musieli nosić przeciwgazowe maski. Ogień z trudem udało się opanować, już myśleliśmy o ewakuacji statku.
To, co mnie jednak solidnie przeraziło, znajdowało się tuż za Mirem - rzędy lampowych komputerów.
- Co to jest? - pytam jedną z kobiet obsługujących maszyny.
- To jest interfejs do jednego z komputerów. Urządzenie, które wpuszcza do środka i wypuszcza na zewnątrz maszyny różne dane. Ale dziś akurat nie działa - mówi, wymieniając płyty z układami scalonymi.
Ów interfejs zajmuje miejsca tyle, co kilka solidnych trzydrzwiowych szaf na ubrania. W komputerach zachodnich podobnej klasy to samo urządzenie mieści się zazwyczaj w pudełku po papierosach...
Przewodnik rozgadał się tymczasem na temat zalet Mira i przewagi radzieckiej technologii kosmicznej. Ponieważ wszystkie światowe agencje informują co kilka dni o kolejnych problemach technicznych na stacji, nie chce mi się tego słuchać. Nie zauważony przez ochroniarzy wchodzę pomiędzy rzędy komputerów migających światełkami jak w serialu „Kosmos 1999”.
Nagle po prostu mnie wmurowuje. Przy jednym z komputerów stoi czytnik papierowych taśm! Ten rodzaj pamięci, korzystający z długich, dziurkowanych, papierowych wstęg, został wycofany w większości maszyn jakieś... 20 lat temu! Przemyka mi przez głowę myśl, że może to nie działa, a tylko ktoś zapomniał ten złom wyrzucić. Ależ skąd - na pierwszej z brzegu rolce długopisem wpisana jest data sprzed trzech lat!
Nieco dalej stoją wielkie szafy z pamięciami dyskowymi. Pracują pełną parą. Po ekranie przesuwają się rzędy zielonkawych cyfr. Pamiętam, że gdy oglądałem komputery w polskim Głównym Urzędzie Statystycznym, mówiono mi, że właśnie z takich komputerów rezygnują. Tylko że było to jakieś 15 lat temu...

Jesteśmy najlepsi

A jakie są komputery na prawdziwym Mirze? - Są jakieś dwie wielkie maszyny, ale nie wiem nawet, jakie mają symbole, nie interesowałem się. Podobne do tych tu, na Ziemi - mówi kosmonauta Giennadij Manakow. - No i raz mieliśmy jeszcze ze sobą laptopa. To wszystko.
- Dlaczego te maszyny obsługujące Mira i jego ziemski symulator są takie stare? - pytam operatora jednego z systemów. - Od kiedy Kreml zbratał się z Zachodem, przestał interesować się kosmosem - odpowiada inż. Walentin Dimitriew. - Nie inwestują w nas ani rubla. Nie pamiętam, by którykolwiek komputer był unowocześniany.
Dimitriew w Gwiezdnym Miasteczku pracuje 20 lat. Skończył elektronikę na Akademii im. Żukowskiego w Moskwie. Żona również znalazła pracę w Miasteczku - przy obsłudze tzw. wirówki. On zarabia miesięcznie tysiąc rubli (to ok. 85 dolarów - tyle samo wynoszą średnie zarobki w Moskwie. Na prowincji są prawie dwukrotnie niższe). Niestety, gdy rozmawialiśmy w październiku, nie dotarła do niego jeszcze pensja za ubiegły miesiąc. Kiedy dotrze? - Nikt nawet nie próbuje zgadywać - mówi.
Kosmonauta zarabia miesięcznie równowartość 300-350 dolarów. Kiedy nie lata. Ale już np. Tałgat Musubajew i Nikołaj Budarin pod koniec stycznia tego roku dostali po mniej więcej 100 dolarów za każdy dzień pracy na Mirze. Do tego premie - np. za każde wyjście w otwartą przestrzeń dodatkowe 1000 dolarów.
Bardziej niż na swoich Dimitriew narzeka na Zachód.
- Współpraca z Amerykanami nie opłaca się. Przyjeżdżają do nas i kradną technologie. Myśmy 30 lat musieli w kosmos latać, żeby się wszystkiego nauczyć, a oni?! Tfu! Przychodzą do nas na gotowe - pokrzykuje.
Próbuję protestować. - To oni byli na Księżycu, nie wy - prowokuję go.
- Pan wie, ile my mamy lepszego sprzętu od Zachodu? - mówi. - Chociażby nasz prom kosmiczny Buran.
Wtóruje mu Siwak, który właśnie się ucieszył, że ma mnie znowu na oku.
- Buran był zrobiony znacznie precyzyjniej niż promy amerykańskie - twierdzą moi rozmówcy. - Kiedy amerykański wahadłowiec wraca z orbity, musi używać silników, żeby trafić w lądowisko na Florydzie. Trajektorię lotu naszego promu policzono tak dokładnie, że płynął z orbity jak szybowiec, bez żadnego silnika.
- Na pasie, gdzie miał wylądować, narysowaliśmy kropkę. Buran wracając z jedynej kosmicznej podróży zatrzymał się... o metr za kropką i o dwa metry w prawo! - odpowiada zachwycony jeden z inżynierów.
- Co z tego - mówię - skoro teraz Buran stoi nie używany.
- Niestety, choć mamy lepsze i rakiety, i prom, nie możemy z Ameryką konkurować. Nie mamy na to pieniędzy - mówi Siwak.

Kosmiczny haczyk

Kosmonauci, którzy mieszkają w Gwiezdnym i przygotowują się do lotu, nie tylko przechodzą tu testy fizyczne i psychiczne (np. pozostają ponad tydzień w całkowitym odosobnieniu w komorze ciszy). Odbywają też regularne studia. W planie kilkuletniego kursu znajdują się 92 przedmioty. Od balistyki i technologii konstrukcji rakiet, przez klasyczną fizykę, po medycynę i fizjologię wysiłku.
Najbardziej jednak nietypowym przedmiotem, jaki studiują przyszli kosmonauci, jest survival, czyli sztuka przeżycia w skrajnie nie sprzyjających warunkach na Ziemi. Do czego może się to przydać w kosmosie?
Wystarczy pomylić się o ułamek sekundy podczas lądowania i kapsuła z kosmonautami zamiast spaść w Kazachstanie, ląduje w syberyjskiej tajdze lub na Pacyfiku. Wtedy kosmonauci muszą przez kilka dni dać sobie radę sami, zanim odnajdą ich ekipy ratowników. Dlatego w obowiązkowym zestawie, jaki kosmonauci biorą ze sobą w kosmos, są też haczyki na ryby i podręcznik do „sztuki przetrwania”. Jako danie dostępne w tropikach książka proponuje zupę z mrówek.

Kosmonauta wyżęty

Przechodzimy do następnego budynku - kształtem i wielkością przypominającego nasz Sejm. Wewnątrz mieści się gigantyczna wirówka.
- Kiedy rakieta startuje, na ciało kosmonauty działają olbrzymie siły - tłumaczy inż. Aleksiej Sokołow, który prowadzi badania nad wpływem grawitacji na ludzki organizm.
To tak jak w zrywnym samochodzie. Gdy z piskiem opon rusza spod świateł, siła bezwładności wciska wszystkich pasażerów w fotele. Podczas startu rakiety dzieje się dokładnie to samo, tyle że prędkość, jaką osiąga statek kosmiczny, jest wielokrotnie większa. Dla kosmonauty wrażenie jest takie, jakby ziemska grawitacja wzrosła nagle kilkakrotnie.
Niektórzy znoszą przeciążenia świetnie, inni tracą przytomność, wymiotują. Jest tylko jedna metoda, by na Ziemi sprawdzić, jak organizm zachowa się podczas startu.
Przyszłego kosmonautę zamyka się w niedużej kapsule. W środku znajduje się wygodny fotel, do którego delikwent jest przypięty pasami. 18-metrowe ramię łączy kapsułę z gigantycznym silnikiem. Po jego włączeniu kapsuła z kosmonautą mknie po wielkiej, okrągłej sali z prędkością dochodzącą do 270 km/h.
Ktokolwiek przejechał się którąś z szalonych karuzeli wesołego miasteczka, wie, jak bardzo działa na człowieka siła odśrodkowa. A w wirówce z Gwiezdnego Miasteczka można osiągnąć przeciążenie 30 razy większe od ziemskiego - każda komórka ciała waży 30 razy więcej niż normalnie.
- Takiego przeciążenia nie wytrzymałby nikt - mówi Sokołow. - Pierwsze wysiadłoby serce - nie dałoby rady pompować krwi gęstej jak rtęć, w końcu pod działaniem gigantycznej grawitacji z kosmonauty zostałaby krwawa miazga. Największe przeciążenie, przy którym badaliśmy człowieka, wynosiło 12 g. Sprzęt, który leci w kosmos, testujemy przy 20 g.
Kosmonauta wewnątrz kapsuły jest podłączony do kilkunastu urządzeń pomiarowych. Rejestratory cały czas zapisują dane o jego stanie zdrowia. („Rejestratory ciągle się psują. Chcemy je w końcu zamienić na komputery” - mówią w Gwiezdnym). Cały czas również znajduje się pod okiem telewizyjnej kamery (bo zdarza się, że ludzie tracą przytomność).
- Najtrudniej mi było normalnie oddychać - opowiada Tomasz Szczepaniak z Gliwic, który do Gwiezdnego Miasteczka trafił na finał imprezy promującej papierosy. - Czułem się tak, jakby mi ktoś usiadł na klatce piersiowej. Przy 3 g nie mogłem już nawet utrzymać jako takiego wyrazu twarzy - żartuje.
Aby przejść szkolenie, prawdziwi kosmonauci muszą znieść przeciążenia nawet dwa razy większe.
- Nikt na świecie nie ma drugiej takiej dużej wirówki, jesteśmy z niej dumni - mówi Siwak.
- Kapsułę rozpędzamy w 6 sekund do 270 km/h. A podczas wyhamowywania 95 proc. użytego prądu zwracamy do sieci - mówi Sokołow.
Urządzenie na zamówienie Rosjan zbudowała w 1975 r. firma ASEA ze Szwecji. Waży 300 ton. Zdaniem Siwaka wirówka kosztowała 60 mi-lionów dolarów. Nikt tego nie chce potwierdzić, ale plotki, jakie słyszałem z kilku źródeł, mówią, że Rosjanie zapłacili Szwedom złotem i drogimi kamieniami.
- A czy dużo jest tu pracy? - pytam.
- Od czasów Gorbaczowa mało się dzieje. Zdarza się, że nudzimy się całymi dniami - odpowiada obsługa.
Nic więc dziwnego, że w kącie gigantycznej sali na podłodze wymalowany jest... kort tenisowy.

Kosmonauta namoczony

Stan nieważkości można na Ziemi uzyskać na dwa sposoby. Albo na dwadzieścia kilka sekund wewnątrz spadającego lotem nurkowym samolotu (człowiek spada tak samo szybko jak maszyna, więc wydaje mu się, że swobodnie lata w jej wnętrzu), albo pod wodą. Ogromną chlubą Gwiezdnego Miasteczka jest jedyny na świecie, przerobiony samolot Ił 72 MDK, który wytrzymuje lot nurkowy z 11 tys. metrów do 7, i największy na świecie (a jakżeby inaczej) basen do podwodnych ćwiczeń. O samolocie mi opowiadano, basen miałem okazję zobaczyć na własne oczy.
Ma 12 metrów głębokości i 23 metry średnicy. Na dnie w ciepłej (30 st. C) i czystej wodzie stoją zanurzone makiety stacji Mir i statków Sojuz oraz Progress. Każda z ekip lecących w kosmos musi się tu wcześniej solidnie wymoczyć. Jedną z częściej ćwiczonych sytuacji jest zacięcie się włazu do stacji Mir. Okazuje się jednak, że np. zadanie „użyj młotka” proste jest tylko w teorii. Człowiekowi zawieszonemu w stanie nieważkości trudno jest zachować równowagę. A co dopiero przy tak gwałtownym ruchu, jak zamachnięcie się ciężkim narzędziem! Siła bezwładności rzuca adeptów na prawo i lewo. Zazwyczaj każdego z kosmonautów asekuruje w basenie dwóch nurków. Łapią pechowego operatora młotka i stawiają z powrotem na podeście przy stacji.
- Po kilku miesiącach treningu i kilkudziesięciu godzinach w wodzie potrafią tymi młotkami biżuterię robić - śmieje się jeden z techników obsługujących sprężarkę do nabijania butli sprężonym powietrzem.
Kosmonauci trenują w basenie w prawdziwych skafandrach kosmicznych. To jeszcze utrudnia zadanie, bo człowiek razem z takim skafandrem waży ok. 240 kg. Nawet w najlepiej dopasowanym modelu praca w otwartej przestrzeni kosmicznej to ciężka harówka. Podczas każdego wyjścia w kosmos serce kosmonauty bije dwa razy szybciej, niż gdy siedzi w statku - 120-160 razy na minutę. A poza statkiem przebywa się zazwyczaj od trzech do siedmiu godzin! To m.in. dlatego trzeba mieć końskie zdrowie, by przedrzeć się przez mordercze testy kwalifikacyjne do lotu w kosmos.
Skafandry produkowane są w jednym rozmiarze. Mają dosyć sztywny korpus, ale łatwo wydłużające się rękawy i nogawki. Jednak kandydat na kosmonautę nie może mieć mniej niż 160 cm i nie więcej niż 180 cm wzrostu.
- Wewnątrz skafandra jest stała temperatura - plus 18 stopni. Podczas gdy na zewnątrz - w przestrzeni kosmicznej - temperatura waha się od +450iC (w słońcu) do -156iC (w cieniu) - instruuje mnie Władimir Kolesnikow, jeden z inżynierów specjalizujących się w Gwiezdnym Miasteczku w skafandrach.
Skafander kosztuje w przeliczeniu na dolary około 60-90 tysięcy. („Dawno nie zamawialiśmy nowych”).
- Skonstruować skafander, który wytrzymałby takie różnice temperatur, to była dopiero sztuka! - podkreśla Siwak. Asystentka Kolesnikowa dodaje z dumą: - Do założenia amerykańskiego skafandra potrzeba trzech osób i zajmuje im to aż 25 minut. A nasz kosmonauta zakłada sam i to zaledwie w trzy minuty.
Tyle że coś mi się wydaje, że amerykański skafander jest lżejszy. Kiedy zwiedzałem Centrum Lotów Kosmicznych im. Kennedy’ego na przylądku Canaveral na Florydzie, bezrobotny aktor w prawdziwym skafandrze chodził między ludźmi i pozwalał się fotografować. Trudno byłoby to zrobić w produkcie radzieckim, który wszak waży grubo ponad 100 kg.

Gwoździe zza oceanu

Wieczorem spaceruję nad brzegiem niedużego jeziora na terenie Gwiezdnego Miasteczka. W tafli wody przeglądają się strzeliste bloki z wielkiej płyty. Ich kształty przywodzą na myśl kosmiczne rakiety. Po drugiej stronie jeziora, sto metrów za moimi plecami, stoją nowo wybudowane trzy drewniane przestronne wille. Przed każdą przystrzyżony trawniczek, na werandach stoją górskie rowery.
Na brzegu dwóch mężczyzn łowi ryby. Rozmawiają chętnie, ale dziennikarzowi z zagranicy nawet imion nie podadzą, za żadne skarby świata.
Pytam o te domki z tyłu. Mówią, że mieszkają w nich kosmonauci z USA.
- Przywieźli sobie te domy w częściach z Kanady i postawili w ciągu miesiąca. Nawet gwoździe mieli zza oceanu. Sprowadzili się potem razem z rodzinami i żyją sobie tutaj „za kopiejki”. Latają samolotem loty paraboliczne i trenują w basenie...
- Ale płacą za siebie - przerywam.
- Może i pieniądze nam za to dają, ale jakby nie wietrzyli w tym swojego interesu, to nie byłoby ich tutaj.

Artykuł powyższy ukazał się w Magazynie Gazety Wyborczej w 1998 r.

 

do poczytania   |   galeria   |   o nas   |   publikacje   |   kontakt   |   english version

design :· speleo.pl